Polki pracujące - Aneta Prasał-Wiśniewska: kuratorka na walizkach
09/08/2010
Została kuratorem sztuki albo raczej jej koordynatorem, bo jak przyznaje Aneta Prasał...
-Wiśniewska wyprodukowanie wystawy to prawie tak, jak prowadzenie domu. Od kiedy została koordynatorką Roku Polskiego w Wielkiej Brytanii, pracuje nawet w taksówkach.
Na pierwszy rzut oka chłodna blondynka, w rzeczywistości – gejzer energii i pomysłów. Od kiedy warszawski Instytut Adama Mickiewicza zaczął pracę nad największym do tej pory projektem promocji kultury polskiej na Wyspach „Polska Year!”, nie rozstaje się z notesem i Blackberry. – „Polska Year!” żyję od trzech lat.
To takie życie trochę na walizkach i w samolocie, ale nie wyobrażam sobie bardziej satysfakcjonującej pracy – twierdzi. I dodaje: - Chcemy pokazać, że kultura to ogromny biznes. Zabytkami czy architekturą Polska nie może rywalizować z Francją czy Anglią. Żadnego turysty nie skusimy też klimatem. Mamy za to wspaniałe festiwale, świetne muzea i kreatywnych ludzi. I to musimy światu pokazać.
W 2006 roku, razem z zespołem z Instytutu Adama Mickiewicza, Aneta Prasał-Wiśniewska podjęła wyzwanie przetłumaczenia polskiej współczesnej kultury „na angielski”. W praktyce przekładało się to na zainteresowanie Polską wpływowych brytyjskich krytyków sztuki, kuratorów, dyrektorów galerii, festiwali czy selekcjonerów filmów i muzyki. – Wymyśliliśmy, że wciągniemy ich wszystkich do gry pt. „Ty też możesz stać się częścią „Polska Year!”. I udało się, bo od początku projektu do Polski na wizyty studyjne przyjechało blisko 200 osób. Ci ludzie to teraz najlepsi ambasadorzy polskiej kultury za granicą – wspomina z uśmiechem.
Jak wygląda praca przy organizacji takiego przedsięwzięcia? W Londynie Aneta jest średnio co miesiąc, dopinając ostatnie detale wystaw, koncertów, pokazów mody czy festiwali. A jest czego pilnować. Do końca 2010 roku w Wielkiej Brytanii odbędzie się ponad 200 wydarzeń kulturalnych związanych z Polską. W ogromnej hali turbin w Tate Modern stanęła niedawno instalacja Mirosława Bałki, a w Barbicanie – wojenny „Bunkier” Roberta Kuśmirowskiego. Museum of London ma ekspozycję fotografii „polskich londyńczyków”, a kolorowe plakaty na stacjach metra zapraszają na retrospektywę filmów Wojciecha Hasa.
A to jeszcze nie koniec. W Oksfordzie już w grudniu otwarcie mocno oczekiwanej przez Brytyjczyków wystawy prac rzeźbiarza Pawła Althamera. Będzie jeszcze seria koncertów z okazji Roku Chopinowskiego, Zimerman, Nigel Kennedy, premiery symfoniczne i teatralne oraz pokazy mody. Polska jest wreszcie na ustach wszystkich. Ale już nie tylko w kontekście wiecznie zapracowanych budowlańców, księgowych czy pielęgniarek, ale polskich obrazów, designu, architektury i muzyki.
Kobiecy power
W zespole „Polska Year!” w warszawskim Instytucie Adama Mickiewicza pracują same kobiety. Zgodnie dzielą się obowiązkami. – Atmosfera u nas jest świetna. Poza tym tak się złożyło, że każda z dziewczyn jest w czymś lepsza ode mnie, więc się uzupełniamy – śmieje się Wiśniewska. Nie wyobrażają sobie, żeby któraś mogła odejść. Co zrobiłyby bez najlepiej w zespole władającej angielskim Natalii, która ma przy okazji genialną intuicję do ludzi? Albo bez Ani, która ma dar do zjednywania sympatii ludzi, a poza tym jest świetną networkerką? Czy bez Iwony panującej nad szalonym tempem pracy biura i kilkumilionowym budżetem? Z kolei to Kasia ma najlepsze kontakty z polskimi dziennikarzami, Basia zna brytyjskie środowisko jak własną kieszeń, a Dorota jest niezastąpioną ekspertką od teatru.
Do zespołu „Polska Year!” dołączyła niedawno druga Kasia, najmłodsza z grupy, która już teraz marzy, żeby w przyszłości poprowadzić projekt jak „Polska Year”. Dziewczyny dogadują się prawie bez słów. I to tej kobiecej energii, współpracy i opiekuńczości Aneta Prasał-Wiśniewska przypisuje większą część sukcesu ich projektu. Zwłaszcza, że – jak tłumaczy – praca kuratora wymaga podobnych umiejętności, jak prowadzenie domu. A kobiety mają do tego naturalne predyspozycje. – To my między śniadaniem a pracą musimy pobiec zrobić zakupy na kolejne dni, zaszczepić dziecko, pójść na wywiadówkę i dać samochód do naprawy. Moja obecna praca to taka właśnie koordynacja i opieka – nad artystami, dziennikarzami, katalogiem, czy gośćmi przyjeżdżającymi do nas z Wielkiej Brytanii. Żeby czuli się ważni, docenieni – wylicza.
Tak naprawdę wcale nie marzyła o tym, żeby zostać kuratorem. Miała być archeologiem. Fascynował ją Egipt, ten z książek i baśni. Sztuka przepleciona z historią. Ale archeologia była zbyt oddalona od rzeczywistości. Kiedy pytam o szkolne inspiracje artystyczne, długo się zastanawia. – My się wtedy zajmowaliśmy polityką, nie sztuką – mówi po chwili. Maturę zdawała w 1986 roku, w warszawskim liceum im. Lelewela. – To były czasy pogrzebu Grześka Przemyka, zabójstwa księdza Popiełuszki. 13-ego każdego miesiąca ubieraliśmy się na czarno, czytaliśmy Bursę, Wojaczka i Paryską Kulturę, a o Powstaniu Warszawskim i Katyniu uczyliśmy się na wykładach „Latającego uniwersytetu”. Dojrzewało się szybciej – mówi z przekonaniem. Etos pracy i odpowiedzialność, której wtedy ich uczono, wspomina do dzisiaj. – Pewnie dlatego, jak już coś robię, to najlepiej jak umiem, całą sobą – dodaje.
- Pamiętajcie państwo, historyk sztuki to nie jest zawód – usłyszała dwadzieścia lat temu podczas egzaminu na warszawską uczelnię. Dzisiaj twierdzi, że nie mogłaby się bardziej z tym zgodzić. – Praca kuratora wystaw to zajęcie wszechstronne. To kurator jest odpowiedzialny za wszystkie etapy: od pomysłu, przez organizację, opiekę nad artystami, katalogami, aż do otwarcia i rozliczenia wystawy, rozesłania zdjęć, podziękowań. Wszystkim się wydaje, że to praca koncepcyjna i artystyczna, ale to przede wszystkim zadanie dla dobrego koordynatora – tłumaczy. Warsztatu nauczyła się pracując z najlepszymi. Miała zresztą szczęście.
Zaraz po studiach znalazła się w dziale oświatowym warszawskiej „Zachęty”. To tam wypatrzyła ją Anda Rottenberg, osławiona kurator i wieloletnia dyrektor galerii. Początki lat 90. to czasy wielkich przemian, tak w polityce, gospodarce, jak i kulturze. Polscy kuratorzy wspominają szaloną energię tworzenia. W „Zachęcie” produkowano kilkanaście wystaw rocznie, wszystkie na wysokim poziomie.
Razem z Rottenberg, Aneta pracowała wtedy nad jedną z największych ekspozycji polskiej sztuki za granicą. „Sztuka Polska po 1945 roku”, otwarta w 1997 roku w Budapeszcie, pokazywała prace najważniejszych polskich artystów: Althamera, Bałki, Abakanowicz, Opałki czy Kozyry. – To był mój chrzest bojowy – opowiada i wspomina przeprawy z węgierskimi członkami ekipy montażowej, którym nie w głowie było słuchanie poleceń młodej kuratorki. Pod koniec projektu pomyślała, że po tym doświadczeniu jest już w stanie zrobić każdą wystawę. Węgry były też ważne z powodów osobistych – poznany w Budapeszcie dyrektor Instytutu Kultury Polskiej został kilka lat później jej mężem.
Mama w samolocie
W 2001 roku Aneta wygrała konkurs na projekt polskiego pawilonu na Biennale w Wenecji. Zapamięta tę datę, jako dzień cudów. Zaraz po ogłoszeniu wyników głosowania jury, dowiedziała się, że jest w ciąży. Mieli z mężem okazję, żeby świętować podwójnie. A potem wszystko potoczyło się szybko: ciąża upłynęła niepostrzeżenie, między życiem w Warszawie, a samolotami do Wenecji, gdzie polski pawilon z pracami Leona Tarasewicza zbierał same pochwały. Już w lipcu, po zamknięciu projektu Biennale i w ósmym miesiącu ciąży, wyjechała na Węgry, do męża, który został tam mianowany ambasadorem. Cztery lata w Budapeszcie upłynęły pod znakiem wychowania dzieci (tam urodziła drugą córeczkę) i działalności charytatywnej. – Dziś myślę, że to była świetna szkoła promocji Polski za granicą. Zrozumiałam, że nie każdy musi się znać na sztuce współczesnej i dostrzegać geniusz Sasnala i Althamera. Że istnieje też jakiś świat poza środowiskiem kuratorów i krytyków sztuki – wylicza.
Jak podsumowuje, to trzy lata z walizką pod ręką. Mnóstwo wyrzeczeń i domowej logistyki. Ktoś przecież musi zawieźć córki na basen, balet, odrobić z nimi lekcje, ugotować ich ulubione potrawy. Nie zawsze się udaje. W tym tygodniu będzie musiała polecieć do Londynu dwa razy w ciągu zaledwie tygodnia. – Dzisiaj moja córka ma imieniny, a ja nie mogę zjeść z nią śniadania, ani dać prezentu – wylicza. I zaraz dodaje: – Ale wiem, że lepsza mama to mama mniej obecna, ale spełniona, niż ta, która siedzi na miejscu, ale jest sfrustrowana i nieszczęśliwa. Moja rodzina to rozumie i bardzo mnie wspiera.
Co będzie, kiedy skończy się kilkuletnia praca nad Rokiem Polski na Wyspach, minie adrenalina ciągłych przygotowań, lotów i premier? Nie ma jeszcze planu. – Na pewno przyjdzie pora na nadrobienie czasu z rodziną, jakiegoś odpoczynku – zastanawia się głośno. Czy po tak intensywnym projekcie kulturalnym, oglądanie wystaw może być jeszcze dla kuratora przyjemnością? – pytam na koniec. – Oczywiście. Chociaż czasem, kiedy trafiam do galerii prywatnie, zdarza mi się myśleć: „Świetna wystawa. Ale dobrze, że to nie ja musiałam ją zrobić” – śmieje się koordynatorka. Żegnamy się, a ona pędzi na kolejne londyńskie spotkanie. Wciąż jest wielu Brytyjczyków, których trzeba zarazić polską kulturą.
Tekst pochodzi z magazynu Polki w Świecie
Chcesz coś dodać od siebie lub o coś zapytać? Dołącz do naszego forum!






