Ewa Drzyzga - polska Oprah Winfrey
14/10/2009
Raczej nie ma wśród Polaków osoby, która nie wiedziałaby, kim jest Ewa Drzyzga i nie oglądałaby choć raz w życiu prowadzonego przez nią w telewizji...
TVN programu „Rozmowy w toku”. Nie każdy jednak wie, że Ewa była bliska wyemigrowania z Polski, a jej nowy adres zamieszkania miał znajdować się w Stanach Zjednoczonych.
Z Ameryką dzięki rodzinie i znajomym związana jest od wielu lat. Tam pracowała w polonijnym radio w Chicago, studiowała na Uniwersytecie Duke, podróżowała po Północnej Karolinie, zwiedziła Nowy Jork i Chicago, a także edukowała Amerykanów w sprawach drugiej wojny światowej. Języka angielskiego uczyła się oglądając telewizyjne programy Oprah Winfrey. Jeszcze wtedy nawet nie przypuszczała, że w przyszłości sama stanie się gwiazdą najpopularniejszego telewizyjnego talk show, nie w Stanach, a... w Polsce.
Jesteś przykładem na to, że nie trzeba studiować dziennikarstwa, aby pracować w radiu czy telewizji. Jak to się stało, że znalazłaś się na filologii rosyjskiej?
Odpowiedź jest w sumie banalna. Nie planowałam studiowania tego kierunku, wręcz przeciwnie, myślałam o szkole teatralnej, a nauka na wydziale filologicznym miała dać mi czas na tzw. przeczekanie i przygotowanie się do egzaminów wstępnych na artystyczną uczelnię. Los lubi nam płatać figle i tak właśnie było w moim przypadku. Język rosyjski, a także osoba prowadząca naszą grupę, zafascynowały mnie na tyle, że postanowiłam skończyć ten kierunek studiów, a marzenia o zostaniu aktorką zastąpiłam kolejnymi.
Znajomość rosyjskiego na pewno nie była przydatna podczas Twoich podróży po Stanach…
Podczas podróży po USA raczej nie, ale za to znajomość rosyjskiego umożliwiła mi wyjazd za ocean. Fakt, że jako radiowiec relacjonowałam pucz sierpniowy w Rosji, zadecydował, że ludzie z Uniwersytetu Duke w Północnej Karolinie przyznali mi stypendium German Marshall Fund, które umożliwiało mi kilkumiesięczną naukę na uczelni wyższej w USA. Dla ludzi z fundacji było to coś nowego, że RMF FM, radio komercyjne, w momentach bardzo ważnych dla Rosjan, gdy „twardogłowi” liderzy KPZR próbowali w 1991 roku przejąć władzę w ZSRR, nadawało serwisy po rosyjsku. Myślę, że było to novum na skalę światową i władze fundacji postanowiły zainwestować w osobę właśnie z tego konkretnego radia.
Nie miałaś problemu z wyjazdem z Polski na dłużej?
Absolutnie nie. Poza tym nie był to aż tak długi okres, bo zaledwie trzymiesięczny. Z Polską jeszcze wtedy nie wiązało mnie życie rodzinne, przede wszystkim nie miałam dzieci, więc mogłam pozwolić sobie na taką przygodę. Jedynym dylematem było to, czy moi szefowie pozwolą mi wyjechać na trzy miesiące w okresie, w którym raczej nikt nie myślał o urlopie. Trzeba było wówczas być dyspozycyjnym 31 dni w miesiącu. Szefowie jednak okazali się wyrozumiali i mogłam zacząć pakować walizki.
W tamtych czasach niełatwo było wyjechać do Stanów, a jeśli komuś się udało, to często postrzegał to jako ogromna szansę otrzymaną od losu.
Ja nie postrzegałam wyjazdu na stypendium w kategoriach szansy, raczej traktowałam pobyt w USA jako okres poznawania i uczenia się nowych rzeczy. To właśnie tam dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak Internet. Na uniwersytecie gdzie studiowałam była sieć międzyuczelniana. Dzięki Internetowi poznałam nowe techniki zdobywania i przekazywania informacji. To było coś zupełnie innowacyjnego; coś, czego w żaden sposób nie mogłabym doświadczyć w Polsce. Po powrocie do kraju stałam się wręcz propagatorem netu wśród kolegów-radiowców i myślę, że to właśnie dzięki moim doświadczeniom zdobytym za oceanem staliśmy się pierwszą radiostacją w Polsce, która postawiła na Internet. Oczywiście, praca z komputerem wtedy wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj, a na otwarcie jednej strony trzeba było czasami czekać i pół godziny. Korzystaliśmy z akademickiej sieci, a to zupełnie nie służyło szybkiemu przekazowi informacji. Wiedziałam jednak, że w odpowiednim czasie wszystko musi zacząć właściwie funkcjonować. I stało się: opanowanie i ujarzmienie Internetu nastąpiło bardzo szybko i dziś jest podstawą pracy wszystkich radiowców w Polsce.
Niektóre osoby po przylocie do Stanów czują się rozczarowane tym, co tam spotykają. Ich wyobrażenie o Ameryce zderza się z rzeczywistością. Jak było w Twoim przypadku?
Ja też spotkałam się z taką opinią, szczególnie w kontekście przyjazdu do Chicago. Nowoprzybyli mówili, że to wioska, baraki, domy jeden koło drugiego i w ogóle nie wiedzieli, o co w tym wszystkim chodzi. Ci z kolei, którzy przyjeżdżają do Nowego Jorku na Manhattan to narzekają, że za dużo, że za głośno, za wysoko, za wielki tłok. Ja miałam to szczęście, że mogłam poznawać Amerykę stopniowo. Wyjazd na stypendium nie był moim pierwszym pobytem w Stanach. Karolinę Północną mogłam porównać z wcześniej poznanym Chicago i Nowym Jorkiem i przyznam, że tam odkryłam zupełnie inną Amerykę, w której zakochałam się niemal od pierwszego wejrzenia. Zachwyciłam się tamtejszą ogromną przestrzenią, ciszą, spokojem, w którym mogłam napawać się widokiem natury i kontemplować piękno tamtejszego krajobrazu.
Było też wiele zaskakujących wydarzeń, jak na przykład tydzień, w którym na dwa dni zamknięto szkoły z powodu gołoledzi. Dla studentów z Europy to było niesamowite, że w tym czasie ludzie przestali wychodzić na zewnątrz, samochody zostały w garażach, a po ulicach miasteczka jeździły tylko karetki pogotowia.
Pamiętam też taką scenę, w której kolega z Argentyny złamał kartę kredytową skrobiąc nią szyby. Koniecznie chciał uruchomić samochód i wybrać się na wycieczkę po okolicy, by móc podziwiać śnieg, który widział po raz pierwszy w życiu właśnie w Stanach.
Ameryka w żaden sposób mnie nie rozczarowała, może dlatego, że ja nie nastawiałam się nie wiadomo na co. Wiedziałam, że jest to kraj kontrastów, więc jechałam je poznać. Poza tym za każdym razem podróżowałam do USA w konkretnym celu. Po raz pierwszy jechałam z odwiedzinami do rodziny i znajomych, później wyjechałam na stypendium. Mnie przede wszystkim spodobała się ogromna amerykańska przestrzeń, której towarzyszy niesamowite poczucie wolności.
Podczas pobytu w Chicago, m.in. udzielałaś się w polonijnym radiu, w którym, tak się składa, ja teraz pracuję. Miło Cię wszyscy w Stanach wspominają. A jak Ty wspominasz miesiące spędzone za Wielką Wodą?
Czas spędzony ze znajomymi w Chicago był niesamowity. Szczególnie fascynujące było to, że tak daleko od domu rodzinnego mogłam kontynuować swoją pasję, którą była praca w radio. Za przyczyną znanego w Stanach krytyka filmowego, Zbyszka Banasia, dzięki któremu zaistniałam w polonijnym eterze, czułam się jak w czepku urodzona. Spełniałam się zawodowo i zdobywałam kolejne doświadczenia. I mimo, że było to tylko kilka godzin tygodniowo, czułam satysfakcję przygotowując się do programu, rozmawiając na różne tematy ze słuchaczami. Podobała mi się idea tworzenia radia autorskiego.
Nagle okazało się, że w tej polskiej Ameryce, w której rzekomo wszyscy mieli mówić tylko o pracy i pieniądzach – rozmawia się także o muzyce, o sztuce, o kulturze, historii. Te programy pokazywały zupełnie inne oblicze Polonii, a tym, zamkniętym w ówczesnym trójkącie polonijnym, otwierały oczy na tę lepszą Amerykę - z całym swoim bogactwem i możliwościami.
Podczas pobytu w USA, może też za sprawą pracy w chicagowskim radio, miałam szczęście spotykać Polaków, którzy odnieśli sukcesy w Stanach. Ci ludzie postawili przede wszystkim na język angielski, który stał się ich kluczem do kariery. Postawili też na wiedzę zdobytą w Polsce i stali się doskonałymi fachowcami, cenionymi wśród Amerykanów. Imponowały i do dziś imponują mi ich sukcesy, bo nie łatwo jest dokonać takiego przełomu życiowego w obcym kraju, nie jest łatwo oswoić ten kraj i zaadaptować go do swoich potrzeb i możliwości. Podoba mi się, że Ci ludzie nie zamykają się we własnej grupie etnicznej, są dumni z polskiej narodowości i pokazują to poprzez asymilację zawodową ze środowiskiem amerykańskim, w którym świetnie reprezentują nasz kraj.
Uważasz, że wielu Polaków w USA odniosło sukces?
Bez dwóch zdań. Najnowszy przykład z pierwszych stron gazet to dr Maria Siemionow – Polka, która jako pierwsza w USA dokonała przeszczepu twarzy. W środowisku lekarskim jest tam bardzo wielu wybitnych polskich specjalistów. To właśnie w Stanach mieszka najlepszy na świecie neuroradiolog zabiegowy– doktor Tomasz Grobelny, o którego biją się najważnejsze szpitale w USA. Również w środowisku polityków często doradcami najważniejszych osób w państwie są polscy profesorowie. Polacy to istotna grupa także wśród naukowców. Miałam przyjemność osobiście spotkać w Chicago dr Ewę Radwańską, która jest jednym z głównych promotorów metody zapłodnienia in vitro w Stanach. Była ona wielokrotnie zapraszana do Polski, gdzie dzieliła się swoimi doświadczeniami i wiedzą zdobytą w USA. Nie można także zapomnieć o Polakach, którzy skutecznie podbijają Hollywood.
Czy okres, jak spędziłaś w Ameryce, wpłynął w jakiś sposób na Twoje dalsze życie w Polsce, na rozwój kariery zawodowej?
Nie mogę powiedzieć, że dzięki pobytowi w Stanach zaproponowano mi po powrocie do Polski konkretne stanowisko, czy że zrobiłam jakiś przebojowy reportaż. Jednak z całym przekonaniem muszę stwierdzić, że z okresu spędzonego w USA wyniosłam wiele inspiracji oraz cennych doświadczeń. To przecież w USA dowiedziałam się o istnieniu Internetu, poznałam środowisko studentów z całego świata, zgłębiałam poglądy ludzi o różnych wyznaniach i przekonaniach. Tam mogłam dotknąć tego, o czym w Polsce jedynie słyszałam lub czytałam.
Tematem, który z perspektywy dziennikarskiej interesował mnie najbardziej, była segregacja rasowa. Będąc w Polsce czytałam o zamieszkach w afroamerykańskiej społeczności Los Angeles w 1992 roku, a później na własne oczy zobaczyłam miejsca manifestacji.
Pamiętam też dzień, w którym wychodziłam z biblioteki uniwersyteckiej, gdzie odbywała się projekcja filmu „Missisipi w ogniu”. Opowiada on o działaniach Ku Klux Klanu, którego kolebką był sąsiadujący stan - Karolina Południowa. Nie mogłam się nadziwić, że zaledwie dwadzieścia lat wcześniej uprzedzenia rasowe były w tym miejscu aż tak widoczne: biali Amerykanie podpalali budynki czarnych, którzy musieli zajmować tylne miejsca w autobusach czy przechodzić na drugą stronę ulicy, ustępując białym drogi. Dla mnie było to nieprawdopodobne, że po takich bolesnych przeżyciach czarni i biali mogą się przyjaźnić, wspólnie studiować, wymieniać doświadczenia i pomagać sobie wzajemnie. Paradoksalnie, dla Amerykanów niewyobrażalny był faszyzm w Europie. Wypytywali mnie i mojego kolegę z Niemiec Wschodnich, jak to było w dobie hitleryzmu. Nie mogli uwierzyć, że Polacy byli prześladowani, że Niemcy wywozili ludzi do obozów koncentracyjnych. Dziwiło mnie, że zadawali takie pytania, gdyż wojna rozpoczęła się w roku 1939, a segregacja rasowa w ich kraju zakończyła się dopiero w latach sześćdziesiątych.
Wyjazd do Stanów nauczył Cię tolerancji?
To była dla mnie najlepsza lekcja tolerancji, zwłaszcza moment, gdy wyszłam z biblioteki po emisji tego wstrząsającego filmu i zobaczyłam, że ludzie niegdyś prześladowani i ich prześladowcy dzisiaj rozmawiają ze sobą, uczą się wspólnie, żyją w zupełnej harmonii. Wydawałoby się, że powinni zionąć do siebie nienawiścią i rozpamiętywać krzywdy przez wiele następnych lat, a jednak… Pamiętam też inną sytuację. Kiedyś na środku autostrady zepsuł mi się samochód. Było to auto z wypożyczalni i zabrakło w nim benzyny. Długo nie musiałam czekać na pomoc. Po chwili zatrzymał się bus, wiozący dzieci na zajęcia pozaszkolne. Opiekunami uczniów byli trzej czarnoskórzy młodzi ludzie. To właśnie oni podwieźli mnie na stację po benzynę, następnie odwieźli do samochodu, a w czasie podróży odbyła się lekcja o Polsce. Opowiedziałam dzieciom o tym, kim jestem, skąd przyjechałam, gdzie znajduje się Polska. Miło wspominam tą sytuację, zważywszy, że w Polsce do dzisiaj trudno jest, aby zupełnie nieznani ludzi poświęcili sobie całkowicie bezinteresownie tyle prywatnego czasu.
Tak jak już trafnie zauważyłaś , Ameryka to kraj wielkich kontrastów, o których również traktuje Twój show „Rozmowy w Toku”. Czy pomysł na ten program telewizyjny przywiozłaś właśnie ze Stanów?
O, nie. Ja właściwie zostałam zaproszona do tego projektu przez Mariusza Waltera i Edwarda Miszczaka, twórców TVN. To oni wpadli na pomysł takiego talk show gdy tworzyli prywatną telewizję. Przez trzy pierwsze miesiące program ten prowadziła Ewa Bakalarska. Po wakacyjnej przerwie postanowiono zaprosić mnie do współpracy. Początkowo pracowałam jednocześnie i w radio i w telewizji, ponieważ jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, czy taki program spodoba się sie Polakom. Okazało sie, że zainteresowanie było ogromnie i aby móc w pełni oddać się sprawom telewizji,musiałam zrezygnować z radia. Nie sposób było godzić te dwie prace.
Podobno Twoim autorytetem telewizyjnym jest Oprah Winfrey?
Zanim jeszcze dowiedziałam się sie o inicjatywie TVNu, i kiedy jeszcze w ogóle nawet nie myślałam, że w przyszłości będę pracowała w telewizji, podczas pobytu w USA oglądałam liczne programy telewizyjne, aby nauczyć się języka angielskiego. Programów było całe mnóstwo - jedne traktowały o problemach rodzinnych i miłosnych, inne tylko o seksie. Oprah była wyjątkowa. Czuło się swobodę w jej prowadzeniu i jej rozmaici rozmówcy także musieli to czuć, gdyż otwarcie opowiadali dosłownie o wszystkim. Poza tym ujęło mnie jej wyczucie i takt, a także ogromna empatia. W Polsce w tamtym czasie niczego takiego nie było i choćby właśnie dlatego taka forma wypowiedzi telewizyjnej była dla mnie niezwykle frapująca.
Nigdy nie myślałaś o tym, aby wyjechać z Polski na stałe?
Miałam taką możliwość podczas pobytu w Stanach, ale przemyślałam to i doszłam do wniosku, że moja znajomość języka była daleka od ideału i nie zdecydowałam się na permanentną emigrację. Wychodziłam z założenia, że jeżeli miałabym tam pracować i prowadzić codzienne życie, bardzo dobra znajomość angielskiego byłaby podstawą.
Skąd takie obawy, przecież z łatwością posługujesz się angielskim?
Uważam, że człowiek nie jest w stanie przez kilka lat nadrobić czegoś takiego, co nazywa się kulturą języka, a co za tym idzie - nie jest w stanie pojąć w mig mentalności kulturowej danego kraju. Ja byłam wychowana w innym systemie, na innych bajkach, nie chodziłam do amerykańskiej szkoły, nie znałam kodów kulturowych języka i to stanowiło dla mnie ogromną trudność. Uważam, że trzeba być bardzo odważnym i silnym psychicznie, by zacząć wszystko od nowa w obcym kraju i tym bardziej podziwiam tych, którzy rzucają się na głęboką i nieznaną wodę i nie toną, a wręcz odwrotnie - osiągają sukces. Ja przekalkulowałam swoją sytuację i uznałam, że jednak - nie. Wtedy także zdałam sobie sprawę z tego, że trudno byłoby mi się pokłócić w języku angielskim, a że mam naturę wojownika, to bez znajomości odpowiedniej terminologii sprzeczka z amerykańskim urzędnikiem byłaby niemożliwa, a z polskim jak najbardziej, więc wybrałam powrót do ojczyzny…
Do Stanów jednak wróciłaś. Kilka lat temu ekipa TVN-u nagrywała „Rozmowy w Toku” w Chicago. Dlaczego wybraliście Stany? Przecież równie liczna Polonia jest w Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Ze względów technicznych Anglia jest nawet bardziej dostępna dla polskiej ekipy telewizyjnej.
Wtedy jeszcze najwięcej słyszało się o Polonii Amerykańskiej, to była i jest Polonia z długą tradycją, ogromnymi osiągnięciami, mocno zakorzeniona w nowej ojczyźnie. To także wiązało się z przejściem TVNu na format międzynarodowy – TVN International (itvn). Takie też było założenie TVN International, aby dotrzeć jak najdalej, do ludzi najbardziej spragnionych wieści z Polski. Polonia Amerykańska była tą, która miała słaby dostęp do polskich mediów, dlatego Piotr Walter postawił na Amerykę i w rezultacie pojechaliśmy zrealizować serię programów właśnie tam. Oczywiście wtedy dotarły do nas głosy Polonii z innych części świata, aby przyjechać także do nich. Szczególnie dużo telefonów otrzymaliśmy z Niemiec, gdzie Polonia jest równie zakorzeniona i liczna jak ta w Ameryce. Polacy tam mieszkający mają jednak ze względu na sąsiedztwo terytorialne o wiele lepszy kontakt z Polską, a także większy dostęp do polskiej telewizji, ale nie tylko, bo i do polskich sklepów, rodzimej żywności. Nie oznacza to jednak, że nie chcieliby opowiedzieć o sobie przed kamerami. Być może będzie okazja, by zawitać również tam.
Seria programów z USA była emitowana w kraju. Czy tego typu tematy – tematy polonijne – cieszą się powodzeniem w Polsce?
Programy, które udało nam się zrealizować w Chicago, to była tylko namiastka życia polonijnego, była to wartość dodana. Środa była dniem, kiedy odbywała się emisja programów ze Stanów. Polacy raczej odbierali to, jako kolejny program, a nie, jako rzecz o Polonii, gdyż wyszukiwaliśmy głównie ciekawostki. Przeprowadziliśmy spotkanie z mężczyzną, który odbywał tak zwany areszt domowy. Miał on do nogi przytwierdzony GPS i jego ruchy były monitorowane przez policję. Ciekawym tematem były też papierowe małżeństwa, które ewidentnie zawierane są dla pozyskania dokumentów pozwalających na legalny pobyt w USA. Było to zatem historie, które trudno byłoby nam nagrać w Polsce.
W Twoich programach często poruszane są kwestie związane z brakiem tolerancji w Polsce, rasizmem, niezrozumieniem społecznym. Na tle Stanów Zjednoczonych i innych krajów europejskich Polska nie wypada najlepiej, biorąc pod uwagę otwarcie na odmienność czy różnorodność kulturową. Czy masz wrażenie, że „Rozmowy w Toku” wpływają na zmianę mentalności społecznej?
Nie wiem, czy mają na to wpływ tylko „Rozmowy w Toku”, ale realizując od czasu do czasu programy na temat rasizmu, homofobii, nietolerancji - obserwuję bardzo pozytywne zjawisko. Muszę przyznać, że dzisiaj trudniej jest nam znaleźć ewidentne przejawy szykanowania z powodu rasy czy przekonań religijnych. Kiedyś brutalne zachowania względem mniejszości były na porządku dziennym. Dawniej widownia albo milczała na ten temat, bo bała się wypowiedzieć, albo atakowała naszych gości. A dzisiaj, ponieważ mówimy o tym otwarcie w różnych programach telewizyjnych – jest większe zrozumienie. Buduje to pewną prawidłowość: im więcej poznaje się ludzi odmiennych od nas, tym łatwiej jest nam ich zaakceptować, gdyż oprócz swojej odmienności często niosą ze sobą ciekawą osobowość, sympatyczne usposobienie, często także mądrość, doświadczenie życiowe, ciekawą profesję. Zrobiliśmy mnóstwo programów o różnych kulturach, religiach i wyznaniach: o amiszach, o muzułmanach, o prawosławnych, o religii żydowskiej, o buddystach. Ludzi te tematy bardzo interesowały, wręcz żywo reagowali na niektóre informacje związane z tradycją, dopytywali o szczegóły, dziwili się wielu obrzędom. I nie byli wrogo nastawieni.
Czyli większa świadomość rodzi większą tolerancję.
To jest już udowodnione przez psychologów. Opowiadanie o problemach, wystawianie ich na światło dzienne, powoduje ich rozumienie, a w przypadku odmienności – akceptację. Muszę zaznaczyć, że w moich programach absolutnie nie chodzi mi o lansowanie odmiennych postaw, czy jedynie przedstawianie odmienności. W „Rozmowach w Toku” ludzie mogą zadawać pytania, zgłębiać wiedzę na dany temat, poznawać nowych ludzi i ich postawy. I tu wcale nie chodzi o to, abyśmy się od razu wszyscy kochali, tylko abyśmy wiedzieli, za co danej jednostki nie lubimy, czy z jakiego powodu nie akceptujemy jej odmienności.
Niektórzy mówią o Tobie kobieta-czołg, bo, że warto realizować siebie jednocześnie pielęgnując ognisko domowe, to wiadome, ale gdzie znaleźć siły, aby pogodzić wiele obowiązków i we wszystkim być równie dobrą?
Kiedy słucham historii gości mojego programu, gdy rozmawiam z różnymi znajomymi, dochodzę do wniosku, że jestem szczęściarą. Wiele osób musi niemal codziennie wstawać o piątej rano i budzić dzieci skoro świt, żeby zawieźć je do przedszkola i dojechać do pracy. Tam z kolei muszą brać udział w wyścigu szczurów, chcąc pokazać, że są najlepsi. Następnie w drodze do domu odbierają dzieci ze szkoły czy żłobka, po powrocie gotują obiad i przygotowują się do kolejnego ciężkiego dnia.
W porównaniu z tymi wszystkimi bohaterami dnia codziennego ja naprawdę jestem w komfortowej sytuacji, gdyż moje dzieci mają zapewnioną opiekę dziadków, a różnię się od moich znajomych tylko tym, że pracuję w telewizji. Oczywiście, zdarzają się tygodnie, w których pracy jest bardzo dużo i wówczas siedzę do późna w nocy. Ten, kto nie pracuje w mediach nie wie, że praca dziennikarska to nie tylko czas, kiedy jest się na wizji czy w eterze, ale zajęcie całodobowe. Dużo rzeczy przygotowuję w domu, ale mnie taki system odpowiada, gdyż wówczas jestem blisko moich synów. Gdy oni zasypiają, a mąż pochłonięty jest swoimi zajęciami, ja bez wyrzutów sumienia mogę oddać się pracy. Taka organizacja daje mi komfort, którego elementem jest również fakt, że nie muszę – jak niegdyś, gdy pracowałam w radio – wstawać o czwartej nad ranem. Zdaję sobie sprawę z tego, że wokół mnie jest mnóstwo kobiet, które nie mają takiej możliwości i rozpoczynają swój dzień z pierwszym pianiem koguta. Dla mnie to one są bohaterkami i to właśnie je trzeba pytać jak to robią, że jednocześnie pracują zawodowo, dbają o dom i udaje im się wychować na wspaniałych ludzi nawet czworo czy pięcioro dzieci.
W polskiej mentalności wizerunek dobrej matki to obraz poświęcającej się dla dzieci i rodziny Matki Polki. Ty jesteś doskonałym przykładem na to, że można być świetną matką i nie rezygnować z własnej kariery.
W dzisiejszych czasach coraz trudniej jest godzić funkcję matki z funkcją doskonałego pracownika, a wynika to ze zmiany stylu życia. Niegdyś w jednym domu żyło kilka pokoleń. Młode małżeństwo dzieliło dom lub mieszkanie z rodzicami, którzy po przyjściu na świat wnucząt zajmowali się nimi z całym oddaniem, a matka mogła wrócić do pracy. Dzisiaj każdy dba o swoją intymność i każdy niemal dąży do tego, aby wraz z partnerem i dziećmi mieć własny kąt.
W czepku urodzone są te kobiety, które dzisiaj mają babcie czy ciocie do dyspozycji. W innym wypadku trzeba zarabiać wystarczająco dużo, aby móc zatrudnić opiekunkę. Uważam, że w obecnych czasach kobiety mają o wiele gorzej niż te, które żyły kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat wstecz. Dzisiaj ceną za samodzielność jest to, że mamy dużo obowiązków. Na szczęście coraz więcej mężczyzn pomaga w pracach domowych, staje przy kuchni, sprząta, nie wstydzi się przewijać dziecko. Niedawno w mojej miejscowości widziałam piękny obrazek. Dwóch kolegów, zamiast spotkać się na piwie w barze, umówiło się parku na spacer z wózkami, w których odpoczywały ich kilkumiesięczne dzieci. Mężczyźni są dzisiaj dumni z tego, że są ojcami i pragną w pełni uczestniczyć w wychowaniu swoich maluchów. Takie postawy, jak ta opisana, były wręcz niewyobrażalne za czasów poprzedniego pokolenia. Dzisiaj stają się normą.
Biorąc pod uwagę styl, w jakim prowadzisz swój program, można bez wahania powiedzieć, że jest on bardzo amerykański. Jesteś odważna, brak w Tobie pruderii, nie boisz się podejmowania trudnych tematów. Czy podobny styl obrałaś wychowując swoich synów?
Ważne jest dla mnie, by wychować dzieci na dobrych ludzi, którzy będą znać swoją wartość i jednocześnie szanować drugiego człowieka. Uczę ich tolerancji, przy czym staram się, by była to zdrowa tolerancja, a nie akceptacja tego, co złe i wulgarne.
Na stałe mieszkasz i pracujesz w Polsce, ale praktykowałaś w Stanach, relacjonowałaś również oficjalną wizytę Premiera RP w Meksyku. Czujesz się kosmopolitką?
Nie, nie sądzę. To trudne słowo i aby móc przypisać je danej jednostce, trzeba brać pod uwagę nie tylko fakt, że ta osoba była za granicą dwa czy trzy razy. Kosmopolitą należy nazywać człowieka, który mieszkał w wielu krajach, poznał różne kultury i w rezultacie trudno mu powiedzieć, gdzie jest jego dom. Kosmopolita równie dobrze odnajduje się w różnych środowiskach, na innych kontynentach. Jest zazwyczaj genialny w swojej specjalizacji. Może to być światowej sławy muzyk, architekt, lekarz, który ze swoimi kolegami po fachu porozumiewa się językiem zawodowym i może być mistrzem pod każdą szerokością geograficzną. Ja specjalistą w żadnej z takich dziedzin nie jestem, więc absolutnie nie będę pretendowała do miana kosmopolitki.
Wychowywałaś się w Polsce, Twoje dzieci to już Europejczycy, obywatele Unii Europejskiej, a nawet świata. Granice zaczynają zanikać. Uważasz globalizację za pozytywne zjawisko?
Dla tych, którzy chcą być profesjonalistami w swoich dziedzinach, jest to bez wątpienia pozytywne zjawisko. Dzisiaj dostęp do źródeł naukowych, bibliotek czy uniwersytetów całego świata jest wręcz nieograniczony. U progu XXI wieku, gdy Polak chce zostać na przykład oceanografem, nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań. Kiedyś nasi rodacy nawet nie marzyli o takich zawodach, bo jak wiadomo dostępu do oceanu Polska nie ma, a wyjazd na zagraniczne studia był wręcz niemożliwy. Pod tym względem globalizacja jest czymś, co pozwala ludziom się spełniać. Minus jest taki, że właśnie te genialne, zdolne jednostki wyjeżdżają, a że nie mają perspektywy na zawodowy rozwój w Polsce, to już do kraju ze studiów nie wracają. Polska nie może więc korzystać z ich talentu czy wręcz geniuszu. To mnie trochę smuci, ale może kiedyś zaczną wracać…
Polacy mieszkający w Polsce stanowią czterdziestomilionową społeczność. Polscy emigranci to już niemal 20 milionów ludzi. Czy nie masz wrażenia, że polska telewizja, w tym Twój program, powinna poświęcać nieco więcej miejsca właśnie tej grupie, która wyjechała z kraju? Nie mam na myśli jedynie osób, którym się nie powiodło, bo te tematy (niestety) cieszą się i tak ogromnym zainteresowaniem – warto zacząć mówić o Polakach, którzy odnoszą w świecie spektakularne sukcesy – tak, jak bohaterki naszego magazynu. Dlaczego ta grupa tak skutecznie ignorowana jest przez media?
Uważam, że to bardzo ważne, co powiedziałaś. Dzisiaj Polonia to potężna grupa, o której wręcz trzeba mówić, cieszyć się z jej sukcesów. Marginalizując osiągnięcia naszych rodaków za granicą powodujemy, że szczycą się nimi kraje, w których ci Polacy aktualnie mieszkają. Przez to w skali międzynarodowej sukcesy Polonii postrzegane są jako sukcesy państwa, w którym zamieszkuje, a nie kraju, z którego pochodzi, czyli Polski.
Myślę, że gdyby w mediach częściej mówiło się o wybitnych Polakach za granicą, dałoby to ludziom nad Wisłą większe poczucie pewności siebie. Może przestalibyśmy żyć w Polsce w przekonaniu, że jako naród jesteśmy nieudacznikami, że nikt nas nie ceni i że już na zawsze musimy się wstydzić tego, że jesteśmy Polakami.
Chciałabym, aby nasza młodzież brała przykład z Polonusów, którzy poprzez wiarę w swoje możliwości, samodyscyplinę i konsekwencję w działaniu dzisiaj przenoszą góry - i to nie tylko Tatry, ale góry całego świata, pokonują trudności i wspinają się na najwyższe szczyty Ziemi. Staram się moimi programami inspirować młodych ludzi do tego, aby stawiali na siebie, by inwestowali w naukę języków, ale także tłumaczę, skąd bierze się sukces, i że aby go osiągnąć, nie wystarczy tylko wyjechać…
Tekst pochodzi z magazynu Polki w Świecie
Rozmawiała: Anna Barauskas-Makowska
Współpraca: Marta Ciosmak/telewizja TVN oraz itvn
Zdjęcia: TVN
Chcesz coś dodać od siebie lub o coś zapytać? Dołącz do naszego forum!





