Mój "Londek"
05/11/2007
Sentymentalny rzut oka na doświadczenia z perspektywy czasu.
To już. Dwie godziny lotu i całkowita zmiana otoczenia, ludzie jakby trochę inni. W głowie znak zapytania, wielka niewiadoma, szczypta strachu, ale i radość wyzwania.
Co przyniesie ten czas, jak skończy się moja przygoda z Londynem?
Już od prawie czterech miesięcy jestem z powrotem w Polsce. Pamiętam dobrze swoje obawy związane z wakacyjnym wyjazdem w poszukiwaniu pracy w Anglii, miesiące oczekiwań i rozmyślania na temat tej współczesnej „ziemi obiecanej”, do której zmierza w ostatnich latach tak wielu młodych Polaków. Pytania – czy mi też się uda, czy to rozważny krok, jakich ludzi spotkam.
Wyjechałam z grupą koleżanek, wynajęłyśmy mieszkanie i rozpoczęłyśmy poszukiwania. Niektórym udało się znaleźć coś od razu, kilka nie znalazło żadnego stałego miejsca zatrudnienia i po pewnym czasie, głównie z powodu wysokich kosztów utrzymania, wróciło do Polski. Mnie udało się znaleźć pracę w restauracji, po żmudnych dniach roznoszenia cv, rozklejania ogłoszeń, dzwonienia do pracodawców, pytań o wakat niemal w każdym napotkanym barze. Tak wiele zależy tu od szczęścia, przypadku, napotkania właściwych osób we właściwym czasie – i osobistej determinacji. Potem swój czas dzieliłam głównie na codzienną, monotonną pracę i na zwiedzanie miasta.
I to właśnie samo miasto zapadło mi w pamięć najbardziej. Najpierw zupełnie nieznane, przerażające swym ogromem i skomplikowana gęstwiną linii metra na mapie, oswajane stopniowo, z ciekawością odkrywcy (niekoniecznie natręctwem kolejnego obwieszonego aparatami fotograficznymi turysty). Mój zachwyt wzbudzały nieustannie najsławniejsze muzea, przyjazne i szeroko otwarte dla zwiedzających – zwłaszcza National Gallery, Tate Britain i Victoria & Albert Museum. Można w nich spędzić długie godziny, a i tak pozostanie jeszcze wiele miejsc, do których nie uda się dotrzeć, zatrzymać się i należycie je docenić.
Każda uliczka Londynu może być zaskoczeniem – poszczególne dzielnice różnią się między sobą czasem tak bardzo, że zdają się być odrębnymi wioskami w mieście. Urokliwe okolice St. Paul’s Cathedral, jaskrawe neonami Soho i niezliczona ilość księgarni i antykwariatów na Bloomsbury Street, zabytkowy cmentarz wiktoriański – długo by wymieniać. Jedno z moich najwspanialszych wspomnień to długi, samotny spacer wzdłuż Tamizy o zachodzie słońca – widoki pocztówkowe, może banalne, ale coś z niesamowitości tych chwil długo jeszcze we mnie pozostanie.
Zanurzenie się w wielokulturowym tłumie, czasem niemal morzu ludzi na ulicach to niezwykłe doświadczenie, choć może nie zawsze przyjemne. Ta wielość może przytłaczać, ale i mocno fascynować. Wszyscy spotykają się na płaszczyźnie języka, zazwyczaj nie potrzeba doskonałej znajomości angielskiego, by się porozumieć. Pomijam tu fakt, że zawsze istnieje duże prawdopodobieństwo, że zapytany przez ciebie o drogę przypadkowy przechodzień, jest akurat również Polakiem. To mimo wszystko jeden z mniej przyjemnych aspektów przebywania w Londynie – klaustrofobiczna świadomość, że napływ naszych rodaków jest wciąż wysoki, co niekoniecznie spotyka się z przychylnością wszystkich Anglików. Ci jednak są na tyle powściągliwi, ze zazwyczaj nie wypowiadają swojego zdania bezpośrednio, pozostając życzliwi i uprzejmi.
Dziś patrzę na te miesiące spędzone w Londynie ze specyficznym sentymentem. Być może wbrew rozsądkowi, ale chcę jednak mieszkać na stałe w Polsce, co jest w dużej mierze wynikiem mojej wyprawy na Wyspę. Wszystkim polecam tego typu doświadczenie, które wykracza daleko poza znaczenie oklepanego powiedzenia „podróże kształcą”. Wejście w tę inną przestrzeń, nową społeczność jest niezwykłym spotkaniem, które, jak każde zrealizowane wyzwanie, przynosi wiele dobrego, a niekiedy potrafi odmienić nawet całe życie.

